Być może znasz to z autopsji – bezsenne noce spędzone na poszukiwaniu genialnego pomysłu, który okaże się strzałem w dziesiątkę i zachwyci klienta. Nieważne czy chodzi o scenariusz spotu reklamowego, tagline, grafikę konkursową czy temat komunikatu prasowego. Istotne jest to, że próbujesz wznieść się na wyżyny swojej kreatywności i im wyżej mierzysz, tym bardziej musisz liczyć się z ryzykiem bolesnego upadku. Czy jednak powinieneś bać się porażki?

Każdy popełnia błędy – to truizm. Prawdopodobnie równie błahe jest stwierdzenie, że porażka wcale nie musi być ślepą uliczką, na końcu której rozbijamy się o mur, a potem pokornie wracamy do punktu wyjścia i trzymamy się wyłącznie utartych szlaków. W końcu metodą prób i błędów rozwiązano niejeden problem naukowy. I niejeden problem życiowy. A jednak nie można oprzeć się wrażeniu, że przyzwyczailiśmy się do traktowania porażki i sukcesu jako alternatywy rozłącznej: albo jedno, albo drugie. Tak jakby autentyczna umiejętność spojrzenia na porażkę z szerszej perspektywy, w której popełnianie mniejszych lub większych błędów okazuje się nieuniknione na drodze do sukcesu, wymagała czegoś w rodzaju duchowego wtajemniczenia. Dlatego od czasu do czasu dobrze usłyszeć mocny głos, który udowadnia, że porażka może być piękna i inspirująca. Do takich głosów należy książka „Ale wtopa!” Erika Kesselsa.

Erik Kessels jest współzałożycielem i dyrektorem międzynarodowej agencji reklamowej KesselsRamer, która przygotowała słynne kampanie m.in. dla Nike, MTV, Heineken i Diesel. Nie bez powodu przylgnęła do niego opinia „marketingowego anarchisty” – rzadko kto broni z takim entuzjazmem poglądu, że zarówno w sztuce, jak i branży reklamowej, nie warto trzymać się zasad i hołdować konwencji. Że perfekcja wieje nudą i że niedoskonałości mogą być źródłem ogromnej satysfakcji. Więcej: mogą być zalążkiem prawdziwej rewolucji.

Na poparcie swojego stanowiska Kessels przytacza ważkie argumenty w postaci ewidentnych (przynajmniej początkowo)  „błędów”, które prędzej czy później okazały się genialnymi pomysłami: komputer Newton firmy Apple, który poniósł rynkowe fiasko, ale dał początek smartfonom i tabletom; amatorskie fotografie, których innowacyjnych i oryginalność jest rezultatem braku artystycznego kunsztu; przepiękne obrazy, które powstały w wyniku wymieszania różnych zestawów puzzli o tym samym wykroju czy niezwykłe portrety studyjne, skomponowane z odrzuconych, przeciętych na pół negatywów. Tyle wystarczy, żeby zrozumieć, co Kessels ma na myśli, przyznając prymat błędom przed doskonałością.

Autor „Ale wtopy!” formułuje również dość osobliwe wskazówki, które mogą okazać się bardzo pomocne w rozwijaniu swojego twórczego potencjału. Niektóre z nich znajdziemy już w spisie treści: „Popełniaj błędy. Codziennie”, „Jeśli widok jest nieskazitelny, zepsuj go”, „Odważ się być nielubianym”, „Rób z siebie głupka”…  Ich wspólnym mianownikiem jest zachęta do rezygnacji na drodze kreatywnego samorozwoju z pogoni za perfekcją, do balansowania na krawędzi katastrofy, do uwolnienia się od lęku przed śmiesznością. I, jak widać na przykładzie samego Kesselsa, w tym szaleństwie jest metoda.

Oczywiście nigdy nie wiadomo, czy błąd jest tylko błędem, czy też zwiastunem wielkiego odkrycia. Jednak owa niepewność powinna działać na naszą korzyść i dodawać odwagi, nie odwrotnie. „Przez kilka dekad przyglądałem się z bliska pracy wielkich agencji reklamowych i pomagałem im w lansowaniu mdłych wzorców doskonałości. Przekonałem się naocznie, że efektem ich konwencjonalnego podejścia jest otępiająca nuda (…) Jeżeli będziesz unikać ryzyka z obawy przed popełnieniem błędu, to wprawdzie uchronisz się przed gniewem szefa i klientów, ale też nie dokonasz niczego, co mogłoby wywołać prawdziwy zachwyt. Takie asekuranckie podejście kończy się zwykle stworzeniem czegoś wymuskanego i nijakiego” – przestrzega Kessels.

Tomasz Kaczorowski